Jakbyś się czuł, stając oko w oko ze śmiercią? Co by się stało, gdyby przyszła do Ciebie właśnie w tej chwili? Jak zmieniłoby się życie Twoich bliskich? Czy świat byłby lepszym czy gorszym miejscem bez Ciebie? Czy nie powinieneś bardziej doceniać tych małych rzeczy, które sprawiają, że żyjesz i masz się całkiem nieźle? Te i wiele innych pytań mogą zacząć kotłować się w głowie po przeczytaniu tej małej, niepozornej książeczki - Rok, w którym nie umarłem. Ostrzegam - czytasz na własną odpowiedzialność!
Źródło grafiki: https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5193706/rok-w-ktorym-nie-umarlem
Mikołaj Grynberg może pochwalić się dodaniem w ostatnim czasie do swych życiowych doświadczeń bliskiego spotkania ze śmiercią. W opisywanej książce dzieli się z czytelnikiem swoimi odczuciami i przemyśleniami związanymi z tym, co nieuniknione. Stosując ironię doprowadza do śmiechu, po to, by za chwilę niespodziewanie wzruszyć. Rok, w którym nie umarłem kończy się zbyt szybko - zupełnie jak ludzkie życie.
Traktuję tę lekturę przede wszystkim jako memento mori, jako pretekst do tego, by zacząć celebrować życie. Zbyt często skupiamy się na tym, co nam się nie udało, czy też jakie kłody znów rzuca nam pod nogi życie. Zapominamy o wdzięczności za to, co przyjmujemy za pewnik. Oddycham. Mam dach nad głową. Moi bliscy są ze mną. Wszystko inne to tylko miłe dodatki. Ta książka naprawdę pozwala się zatrzymać i spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy. Bardzo się cieszę, że na nią trafiłam. Za jedną z najbardziej przykrych rzeczy w życiu uważam dostrzeżenie jego wartości, gdy jest już na to za późno.
Książka wzbudziła we mnie chęć natychmiastowego sięgnięcia po telefon i porozmawiania z bliskimi. Po to, by zupełnie bezsensownie nie tracić szansy na bycie razem w tym krótkim czasie, jaki każdy z nas dostał. W realizacji tego planu powstrzymała mnie jednak godzina - jestem przekonana, że telefon o 1:00 w nocy może być całkiem zrozumiałą przyczyną zawału. Bez żartów jednak, warto żyć ze świadomością, że to, co odkładamy na później, może już nie nadejść. I z takim zrozumieniem rzeczywistości ustalać swoje priorytety.
Dzięki tej lekturze możliwe jest też wejście w buty osoby, która zupełnie nagle ląduje w szpitalu i musi pogodzić się z tymczasowym brakiem sprawczości oraz oddaniem jej w ręce pielęgniarek i lekarzy. Przyznam, że sama myśl o tym budzi we mnie lęk. Książka w pewien sposób oswaja jednak z takimi trudnymi doświadczeniami. I za to bardzo ją cenię.
Myślę, że Rok, w którym nie umarłem zostanie ze mną na długo.
A Ty co robisz, by nie żałować w ostatnich momentach?
Komentarze
Prześlij komentarz